Główne menu
Strona główna
Nasze akcje
Nasze kampanie
Nasz program
Galeria
Linki
Publicystyka
Sklep
Kontakt
Biuletyn
Szukaj
W galerii
Online
Logowanie
Polecamy

Bojkotuj Coca-Col?
Strona wsparcia dla protestu pocztowców
Mieszkanie prawem nie towarem!
Kampania pomocy pracownikom sezonowym i emigrantom

Reklama

Ogólnopolska Konferencja Pracownicza

BLOG: Piotr Ciszewski
Lewica.pl
Alterkino
Pfeil Strona główna arrow Nasze kampanie arrow Stop Bolkestein arrow Dyrektywa Obłudy

Dyrektywa Obłudy Utwórz PDF Drukuj Wyślij znajomemu
Autor: LA   
27.01.2008.

 Mało pomysłów zmiany prawa europejskiego zawiera w sobie taki ładunek kłamstwa jak jest to w przypadku projektu dyrektywy mającej na celu liberalizację przepływu usług w Europie. Obłudzie Brukseli towarzyszy olbrzymi spektakl propagandowy z polskim już scenariuszem, w ramach którego proponowane zmiany przedstawia się jako cudowny lek na polskie bezrobocie. Czy naprawdę mitologia "polskiego hydraulika" uzasadnia zgodę na podważanie modelu socjalnego wywalczonego przez zachodnie społeczeństwa?

Kapitalizm bywa zazwyczaj prezentowany przez swoich zwolenników jako system wyrosły z uznania obiektywnych praw ekonomii i mentalności człowieka, przy czym ów jego rzekomy pragmatyzm traktowany jest jako swojego rodzaju alibi dla straszliwego spustoszenia moralnego i materialnego jakie z sobą niesie. Mimo to, co jakiś czas, gdy problemy wynikające z wprowadzania w życie wolnorynkowych dogmatów staja się szczególnie widoczne, propagandziści systemu rezygnują z owej naukowości i prezentują światu nagle cudowny lek na całe zło, niczym iluzjonista królika z kapelusza w podrzędnym teatrze. Czasem jest to zwykły zbiór komunałów, wzajemnie sobie zaprzeczających (zmniejszyć podatki jednocześnie zwiększając dotacje dla małych firm), czasem - propozycja zmian legislacyjnych, które pozwolą jeszcze bardziej uwolnić wolny rynek. Do rzędu tych drugich "lekarstw" należy projekt dyrektywy usługowej, zwanej od nazwiska twórcy, byłego holenderskiego komisarza Unii Europejskiej ds. rynku wewnętrznego, dyrektywą Bolkesteina. Nowe prawo ma uwolnić przepływ usług między państwami Wspólnoty Europejskiej, których ograniczanie - według projektodawców - hamuje wzrost gospodarczy i przyczynia się do wzrostu bezrobocia. Ten ostatni aspekt podkreślany był także w ostatnich latach przez polskie rządy. Właśnie w dziedzinie usług dostrzegały one bowiem największe możliwości konkurowania rodzimych firm na rynku światowym i przyrostu miejsc pracy.

Na pozór myślenie to może wydawać się racjonalne. W usługach wytwarza się 70% łącznego dochodu państw Unii Europejskiej, a udział tego sektora w generowaniu zatrudnienia również zbliża się do tej liczby. Co więcej, oficjalni prorocy kapitalizmu, którym coraz trudniej jest utrzymywać, iż każdy z nas będzie w nieskończoność kupował lodówki czy kabriolety, właśnie w usługach widzą szansę na utrzymanie czy nawet wzrost zatrudnienia w epoce coraz szybszego rozwoju technologii i organizacji pracy. Niestety, nieco na uboczu głównego nurtu propagandy systemu pozostaje konstatacja, iż także liczba kont bankowych czy wizyt u fryzjera każdego z nas jest jednak w pewien sposób ograniczona, chyba, że zdecydujemy się szwendać po bankach albo kupować płyn na porost włosów tylko z troski o wzrost produktu krajowego. Dla fanatyków wolnego rynku, którzy przyczyny bezrobocia widzą jedynie w ograniczeniach dla biznesu, oczywiste jest także, iż każda liberalizacja gospodarki musi zwiększyć liczbę interakcji gospodarczych, a co za tym idzie i zatrudnienie. Oczywisty fakt, iż sektor usług składa się z różnych segmentów, o krańcowo odmiennej opłacalności wykonywanych działań (bankowość - drobne naprawy), a polski biznes może konkurować zazwyczaj jedynie w mniej skomplikowanych dziedzinach, bywa przy tym pomijany milczeniem. Jednak nawet na tle owych ogólnych rojeń o wzroście szczęścia wskutek liberalizacji wszystkiego, Dyrektywa Bolkesteina stanowi swoiste kuriozum, jednocześnie pokazując kierunek do którego wiedzie nas rzekomo wielobarwna politycznie biurokracja unijna.

System konkurencji zazwyczaj wzbudza uznanie tych, którzy nie zdają sobie sprawy, w jaki sposób minimalizowanie kosztów w gospodarce wpływa na życie ludzkie. Przyglądając się światu, łatwo dostrzegamy zmniejszanie się cen, promocje i oferty specjalne, podczas gdy związany z tym spadek płac, składek ubezpieczeniowych, świadczeń społecznych pozostaje poza sferą reklamy, a więc i zainteresowań obywateli. Jeszcze trudniejsze bywa powiązanie nędzy rencistów, bezrobotnych i wielu pracowników, z owym obniżaniem kosztów przez biznes - zwłaszcza, że tabuny dobrze opłacanych dziennikarzy, naukowców i polityków całą winę składają zawsze na państwo i jego podatki, urzędników itd.

W rzeczywistości, jednak to właśnie owo ciągłe zmniejszanie wpływów budżetowych z działań gospodarczych (przekazywanych bezpośrednio i w formie składek) i cięcie przez przedsiębiorców kosztów (zwłaszcza pracy) musi wpływać i wpływa przede wszystkim na zakres usług i ubezpieczeń kupowanych przez obywateli na wolnych lub zmonopolizowanych rynkach - czyli wpływa też na poziom zabezpieczenia ich potrzeb społecznych. Z pustego i Salomon nie naleje, a przedsiębiorcy nie chcą płacić, obojętne czy ich stać czy nie. Jako, że system konkurencji opiera się właśnie na cięciu kosztów, zabezpieczenie przed nadmierną chytrością przedsiębiorców mogą stanowić tylko unormowania prawne i ich egzekucja. Tymczasem, projekt Dyrektywy Bolkesteina zawiera szereg zapisów, które w tak poważny sposób próbują rozmontować istniejący już (acz przecież mocno niedoskonały) system zabezpieczenia pracowników krajów Europy Zachodniej, że sprawia to wrażenie głównego celu tej propozycji zmiany prawa.

Osobliwa bełkotliwość dokumentu, jego komplikacja (nawet biorąc pod uwagę złożoność poruszanych kwestii), unikanie przejrzystych odniesień do kwestii zabezpieczeń pracowniczych i konsumenckich na rzecz odsyłania do zapisów licznych innych dyrektyw, rozporządzeń itp. oraz konkretyzowania kwestii pobocznych (problemy operatorów kablówek) sprawiają, ze możemy mieć do czynienia z kolejnym aktem prawnym, którego szczegółowa interpretacja będzie niemożliwa przez obywateli, których dotyczy. Mimo to, po przeczytaniu tekstu projektu i jego obszernego uzasadnienia, centralna idea dokumentu jawi się nad wyraz przejrzyście. Stanowi ją - ukryte pod rozmaitymi definicjami, czasem o tak sympatycznych nazwach jak "zapisy antydyskryminacyjne" - jednoznaczne dążenie do wyłączenia firm usługowych spod nadzoru władz krajów, w którym prowadzą one działalność.

Realizacja tego celu ma się odbyć za pomocą wielu narzędzi, które przedstawia się jako wynikające wprost z zapisów Traktatu Europejskiego (a więc samej idei zjednoczenia starego kontynentu), orzecznictwa Trybunału Sprawiedliwości Wspólnot Europejskich (czytaj: obiektywnej zasady sprawiedliwości) oraz wolności gospodarczej, postawionej na piedestale jako wartość sama w sobie, bezwzględna. Na czoło wśród nich wybija się postulat wprowadzenia tzw. zasady kraju pochodzenia, która obligowałaby firmy usługowe w większości kwestii jedynie do podporządkowaniu się prawodawstwu państwa, w którym działalność usługowa byłaby zarejestrowana. Mimo wyłączeń szeregu obszarów, w tym sfery podatkowej, skutki wprowadzenia w życie tego prawa są łatwe do przewidzenia. Przy pełnej swobodzie rejestracji takich firm na terenie całego obszaru Wspólnoty, wprowadzenie takiej zasady musiałoby implikować proces przenoszenia procedury rejestracyjnej do państw o najniższych kosztach prowadzenia działalności, a więc i o najmniej korzystnym dla pracobiorców ustawodawstwie. Jednocześnie, wyścig państw o przyciągnięcie przedsiębiorstw - kosztem rezygnacji z praw socjalnych i płacowych obywateli oraz szeregu norm m.in. dotyczących ochrony środowiska - stałby się jeszcze bardziej zacięty. Byłoby to bowiem faktycznie postawienie rządów pod ścianą... Wpisane w treść projektu dyrektywy wyłączenie pracowników delegowanych (a więc przysyłanych z kraju rejestracji) niewiele tu zmienia, gdyż już dziś za granicę wysyła się głównie menedżerów tudzież kluczowych dla firmy fachowców. W chwili, gdy "pochodzenie" firmy oznaczać będzie tylko faktyczny wpis do ewidencji prowadzonej działalności, delegowanie pracowników straci zapewne na znaczeniu jako możliwość wysłania za granicę znanych i sprawdzonych pracowników.

Z kolei dla konsumentów, wprowadzenie zasady kraju pochodzenia oznaczałoby "uproszczenie" życia, polegające na konieczności zapoznania się z zapisami prawa każdego kraju, w którym zarejestrowany jest usługodawca. Co prawda, wśród najważniejszych wyłączeń (od zasady kraju pochodzenia) znalazło się także wyłączenie związane z zapisami w umowach konsumenckich, ale szereg przepisów ogólnych, także wpływających na jakość usługi, pozostanie poza sferą oddziaływania prawa kraju zamieszkania klienta. Konieczność identyfikacji szczegółów usługi gwarantowanej w umowie według jednego prawodawstwa, a nie dopisanych (często celowo) zasad ogólnych prawa konsumenckiego z innego systemu prawnego, da może chleb prawnikom, a i to tylko najbystrzejszym, ale "przeciętnego obywatela", który zwykle przeciętnie orientuje się w skomplikowanym prawodawstwie własnego kraju, postawi w obliczu iście kafkowskiej paranoi.

Jeszcze bardziej absurdalnym narzędziem wprowadzania "wolności" usług jest ograniczenie prawa kontroli usługodawców jedynie do instytucji państw ich "pochodzenia" czyli rejestracji. Wynika ona wprost z wprowadzenia zasady o kraju pochodzenia, trudno bowiem zakładać, iż państwo narodowe byłoby w stanie skutecznie kontrolować firmy, które nawet nie są zgłaszane do jego ewidencji. Nie zmienia to faktu, iż społeczną kontrolę nad poczynaniami biznesu, już dziś bardzo wybiórczą, komisarz Bolkestein zdecydował się najwyraźniej wyplenić do cna. Wizja jakiejkolwiek urzędniczej struktury publicznej, która na odległość byłaby w stanie sprawdzać uczciwość postępowania tysięcy przedsiębiorstw funkcjonujących na obszarze od Atlantyku do Bugu, mogła się zrodzić chyba tylko w głowie fanatyka biurokracji lub politycznego cwaniaka, z góry zakładającego, iż propagowany system nie ma prawa działać. Co prawda, zapisy dyrektywy traktują wyraźnie o konieczności wspierania kraju pochodzenia przez rządy krajów, w których firmy operują, jednakże trudno wręcz sobie wyobrazić jakie koszty, ilości urzędników i procedur byłyby konieczne, aby system był choć trochę sterowny. Wiedza państwa pochodzenia o działalności usługowej ograniczy się w wielu przypadkach do wymiany mailowej z kierownictwem oddziałów w innych krajach.

Tego rodzaju antyspołecznych pomysłów jest w projekcie Dyrektywy Usługowej więcej. Pojęcie dyskryminacji stosuje się w nim wyłącznie do działalności państw, które chciałyby wspierać własne firmy z racji ich wagi dla wspólnoty lokalnej czy dla celów użyteczności publicznej, "dyskryminując" w ten sposób przedsiębiorstwa z innych państw. Znacząca, około dziesięciokrotna różnica w wysokości płac w ramach UE nie budzi w Komisji Europejskiej refleksji, że ktoś jest dyskryminowany w szansach na wspólnym rynku. Istotne jest za to drobiazgowe harmonizowanie ograniczania wymagań wobec kapitału prywatnego, aby liczba druków do wypełnienia przez przedsiębiorcę nie różniła się w Niemczech i na Cyprze. Kraje członkowskie UE ma pokryć olbrzymia sieć tzw. punktów kontaktowych, tworzonych, aby przedsiębiorcy w ogóle nie musieli pokazywać się w krajach formalnej rejestracji. Nie brak też zachęt do prywatyzacji usług publicznych, choć wpisane wyłączenia i zmiany w czasie procesu legislacyjnego powstrzymują nieco pęd do komercjalizacji usług takich jak poczta czy dostarczanie wody. Dużo większą niż o ludzi troskę wykazała Komisja Europejska o auta, które, nawet gdyby byłyby leasingowane w innym państwie, miałyby pozostać pod opieką państwa kraju użytkowania.

Legislacyjny gniot, znany jako Dyrektywa Bolksteina, był reklamowany w Polsce jako wielka szansa dla polskich firm i pracowników. W rzeczywistości, każdemu państwu członkowskiemu oferuje on podobnie wyrafinowaną ofertę: wyścig do jak najgorszych warunków zatrudniania obywateli, wzrost komplikacji i niejasności prawa, gwałtowny przyrost miejsc pracy dla biurokratów, prawników i różnego rodzaju doradców. Wygranym ma być kraj, który biznesowi da jak najwięcej, przy czym płatnikami będą pracownicy sfery usług, których już dziś większość należy do najbardziej wyzyskiwanej części pracowników. Opętańcza wizja komisarza Bolkesteina może uwolnić wielu obywateli, ale od godnych płac i emerytur.
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
© 2008 Lewicowa Alternatywa